Plan na ostatni dzień
jest bardzo prosty. Zejść do Karpacza,
przetransportować się do Szklarskiej Poręby, gdzie czeka auto, a potem powrót
do domu z tranzytowym noclegiem we Wrocławiu. Prościej się nie da. Tym razem
wszystkie możliwe prognozy zgodnie twierdzą, że wiatr przypomni sobie o swoim istnieniu, a śnieg dorzuci swoje
trzy grosze. W głowie Ani pojawia się ambitna myśl, aby wejść drugi raz na Śnieżkę, tym razem na
wschód słońca. Plan ten jednak żyje krótko — po przebudzeniu zostaje brutalnie
zweryfikowany przez pogodę i potrzebę zejścia na dół w wyznaczonym czasie. Budzik
dzwoni bezlitośnie o 6:30. Za
oknem jeszcze ciemno, ale wiatr już robi zamieszanie. Leniwie zwijamy cały nasz
dobytek, ubieramy na siebie pełen zestaw „na cebulkę + 3” i chwilę po siódmej
wychodzimy na zewnątrz. Jest zimno. Oj,
bardzo zimno. Anka tylko rzuca, że jednak odpuszczenie wschodu na
szczycie było wybitnie dobrą decyzją.
Autobus mamy po jedenastej, dlatego bez większego pośpiechu dreptamy w stronę
Karpacza. Powoli zaczyna świtać, więc co chwilę odwracamy się w stronę Królowej Karkonoszy. I nagle… niebo płonie. Kolory rozlewają się po
horyzoncie, tworząc spektakl, którego nie da się ani zaplanować, ani zamówić.
Wiatr mrozi dłonie, ale w tej chwili to kompletnie bez znaczenia. Łapiemy momenty, które zostaną z nami
na długo.
Górolotni
czwartek, 15 stycznia 2026
środa, 14 stycznia 2026
Błękitne niebo, lekcja geologii i zachód słońca na dachu Sudetów
Karkonosze - Śnieżka 1602 m.n.p.m.
Budzimy się kolejnego mroźnego poranka i już pierwszy rzut oka za okno powoduje zbiorowy uśmiech i ekstazę. Błękit nieba, zero chmur. Juppi. Już wiemy, że i ten dzień będzie wyśmienity, a prognozy — o dziwo — tym razem się sprawdzają. Przynajmniej na razie. Leniwie krzątamy się po pokoju, celebrując poranek jak ludzie, którzy nigdzie nie muszą się spieszyć. Śniadanie jemy bez presji, bo dzisiejszy dystans jest raczej z tych „dla przyjemności”, a nie „dla przetrwania”. Poza tym ciemno zrobi się dopiero około 17, więc czasu mamy w bród. No ale w końcu trzeba się ruszyć — teleportacji nadal nie wynaleziono, mimo że bardzo by się dziś przydała. Wychodzimy przed schronisko i natychmiast czuć, że jest rześko. Mróz szczypie, ale słońce miło ogrzewa pyski, więc ogólny bilans dnia wychodzi bardzo na plus. Wchodzimy na szlak i wyraźnie wydeptaną ścieżką kierujemy się w stronę Śnieżki. Jeszcze jej fizycznie nie widać, ale oczami wyobraźni już stoimy na szczycie i pozujemy do zdjęć.
wtorek, 13 stycznia 2026
Szok o poranku, Królowa Sudetów i luksusy, których nikt się nie spodziewał
Karkonosze - Śnieżne Kotły
Budzimy się jeszcze przed
planowanym wschodem słońca i… dostajemy lekkiego szoku. Coś się
nie zgadza. Za oknem nie ma tej mlecznej, bezkształtnej bieli, do której
zdążyliśmy się przyzwyczaić. Robi się jaśniej. Jakby ktoś w nocy odgarnął
chmury i zapomniał je z powrotem zasunąć. Ania i Lucy działają błyskawicznie.
Zakładają portki (to ważny szczegół w zimowych temperaturach), chwytają aparaty
i wychodzą uchwycić wschód słońca. Dodajmy, że: jest to ich pierwszy wschód słońca w górach
i jednocześnie pierwsze zimowe góry
w życiu. My zostajemy w środku, racjonalizując lenistwo,
chociaż obserwując łunę słońca przez okno. Pół godziny później dziewczyny
wracają zmarznięte, ale szczęśliwe, a my dochodzimy do wniosku, że skoro
wytrzymały tak długo, to: albo wcale nie jest tak zimno, albo są zahartowane
norweskim powietrzem i my po prostu nie mamy z nimi szans. Szybkie spojrzenie
na termometr rozwiewa wątpliwości: –17°C.
Niebo niemal bezchmurne i jak śpiewał klasyk „do wynajęcia”. Dzień zapowiada
się obłędnie, a my mamy przed sobą najdłuższy dystans
całego wyjazdu. Kierunek: kolejne schronisko — Odrodzenie. Barbórka
wspomina, że była tam cztery lata temu i że… no cóż… luksusów raczej szukać nie
należy. Ale to przeszłość. Na razie jest słońce, mróz i wielka ekscytacja.
Trzech Króli, cztery osoby i jeden pomysł, który wydał się świetny
Karkonosze - Szrenica 1361 m.n.p.m.
Szósty stycznia. Uroczystość Trzech Króli. Godzina taka, że nawet
budzik dzwoni szeptem, jakby się wstydził. Jest jeszcze nie tylko przed
wschodem słońca — jest przed samą koncepcją wschodu słońca. W komplecie: ja, Barbórka
oraz dwie psiapsi z norweskich bezdroży: Ania i Lucy ruszamy wspólnie z
Warszawy do Szklarskiej Poręby. Przed nami czterodniowy zimowy wypad w stylu
„od schroniska do schroniska”, czyli dokładnie tak, jak górski Bóg (i Główny
Szlak Sudecki) przykazał. Noclegi mamy zarezerwowane w trzech schroniskach,
plan ambitny, a prognozy… no cóż. Prognozy zapowiadają, że Karkonosze
zamierzają sprawdzić naszą miłość do gór siarczystym mrozem do -20°C, solidnymi
opadami śniegu i wiatrem, który w tym paśmie lubi rozdawać karty, żetony i
czasem cały stolik. Pocieszamy się jednak faktem, że właśnie kończy się długi
weekend poświąteczny, więc może — może — na szlakach będzie luźniej. Pierwszy dzień ma
być rozruchowy. W planie dojście do schroniska na szczycie Szrenicy. Dystans
niezbyt długi, wręcz przyjemny… gdyby nie drobny szczegół w postaci ponad 700
metrów przewyższenia. Ale co tam. Entuzjazm jeszcze świeży, kolana jeszcze nie
wiedzą, co je czeka.
środa, 31 grudnia 2025
Czeskie impresje
Beskid Śląsko Morawski - Radhošť 1129 m.n.p.m.
Świąteczna śląska tradycja głosi, że jeden górski dzień musi
być. Święta w Radlinie zawsze rezonują z górami. A że do Czech mamy za darmo…
(no prawie – na wodę niestety nadal nie jeździmy) wybór pada na Beskid
Śląsko-Morawski. I ze wstydem przyznajemy, że choć ze Śląska zawsze blisko, to
jakoś nie było nam nigdy po drodze. Ale dziś to się zmieni. Ahoj przygodo! Od
świątecznego stołu odchodzimy w drugi dzień świąt o 8 rano, żeby krótko po
10-tej zwarci i gotowi ruszyć na szlak. Pozostawiamy auto na parkingu w
Trojanovicach (koszt – ok. 30 zł) i zaczynamy bardzo fajne podejście zielonym
szlakiem w kierunku szczytu Radhošť. Szybko zdobywamy wysokość, aura iście
bajkowa – jak śpiewał klasyk: „oprócz błękitnego nieba nic mi dzisiaj nie
potrzeba”.
piątek, 5 grudnia 2025
Górski finał z widokiem na alpejskie kolosy
Alpy - Monte Spalavera 1534 m.n.p.m.
Ostatni dzień naszego włoskiego wypadu postanowił wejść na scenę z
przytupem. Zamiast leniwego cappucio nad brzegiem jeziora wybieramy górskie
panoramy, szczyty i trekking, który miał być dłuższy niż ten z
dnia pierwszego (ale równie przyjemny). No i był! Natura potrafi być łaskawa.
Pogoda tego dnia robiła za idealnego hosta: zero wiatru, zero chmur,
temperatura grubo powyżej 15 stopni, a całość doprawiona
jesiennymi kolorami. Listopad w Polsce? Deszcze, wichura, suszarka do liści?
Tu? Pocztówka z raju. Parking znajdował się dosłownie rzut beretem od miejsca,
gdzie dwa dni wcześniej zjechaliśmy zipline’em – więc kierowca i
autko znali już każdy z tysiąca zakrętów, które spotyka się na
tych włoskich serpentynach. Silnik jęknął parę razy, ale generalnie zachowywał
się dzielnie, jakby mówił: „Ech, znowu to samo, dam radę”. Na parkingu stał
tylko jeden samotny samochód – znak, że nie będzie tłumów i przepychanek o widoki. Ruszamy
więc śmiało na podbój Monte Spalavera (1534 m n.p.m.).
czwartek, 4 grudnia 2025
Włosko-szwajcarskie impresje
Lago Maggiore - Cannobio, Locarno
Prognozy się sprawdzają — od rana niebo jest tak błękitne, że przy
śniadaniu zastanawiamy się, czy w nocy Włosi nie przemycili na niebo filtru z
Instagrama. Widoczność? O wiele lepsza niż dzień wcześniej: góry wyraźne,
jezioro lśniące, a powietrze pachnące jak reklama mięty. Plan zakładał trekking
na okoliczne szczyty, ale… wpadła nam do głowy myśl: „Najpierw kawa
i włoskie miasteczko — dopiero potem heroiczne spacery.” I tak
wyruszyliśmy do uroczego Cannobio,
około godzinę jazdy od Stresy w kierunku Szwajcarii. Ta godzina jazdy
wystarczyła, by w głowie wyklarował się plan na cały dzień (o tym później), ale
najpierw — samo miasteczko. Cannobio to takie miejsce, gdzie każda kamienica
wygląda, jakby właśnie wróciła z sesji u malarza wnętrz. Kolorowe fasady,
wąskie uliczki, kawałki gór majaczące w tle i jezioro, które robi za
fotograficzny stół odbitkowy. Idealne na leniwy spacer i zderzenie się z
prawdziwym klimatem Lago Maggiore. Atrakcje? Jest ich sporo:
· klimatyczna Promenada Vittorio Emanuele III,
· kolorowe nadbrzeżne kamienice,
· romantyczne zaułki starego miasta,
· oraz najsłynniejszy punkt… Santuario SS. Pietà
środa, 3 grudnia 2025
Łyk adrenaliny i historia z I wojny światowej
Alpy Ticzyńskie - Monte Morissolo 1311 m.n.p.m.
Lądujemy w Mediolanie, tym razem na lotnisku Malpensa, odbieramy
nasze wypożyczone cacko — Hyundai i10 — i
zaczynamy podróż nad Lago Maggiore i rozpoznanie nowego dla nas regionu.
Zapraszamy do Piemontu… Ale hola, hola, nie tak łatwo. Akurat w dzień przylotu
zaczyna się Lago Maggiore Maraton. Serio? — natura natychmiastowo rzuca nam
kłody pod nogi (albo zakręty pod koła). Albo… Marek, który nam towarzyszy, jak
magnes przyciąga jakieś sportowe akcje podczas pobytu… co my już wspólnie nie
przerabialiśmy: wyścigi kolarskie, triathlony teraz maraton. To co następne?
Rajd WRC – ocho Sardynia się kłania… Nasz plan zakładał spokojny przejazd nad
Maggiore, nocleg w uroczej Stresie bez stresu. Jednak w górskie serpentyny nas
wzywają. Akcja jak w serialu z gatunku survival: mały silnik, wąskie zakręty,
strome podjazdy — i choć małe i10 nie jest monster truckiem, dawał radę,
skrzypiąc i sapiąc, dzielnie kręcił pod górę. Maraton lekko modyfikuje nam plany.
Z pomocą uśmiechniętych panów z Polizia skręcamy w stronę Aurano, bo tam czeka
nas pierwsza atrakcja — Lake Maggiore
Zipline (czyli „tyrolka Lago Maggiore”). To nie byle jaka zjeżdżalnia na
linie: lina stalowa ma aż 1850 metrów
długości, zawieszona jest na wysokości około 350 m nad ziemią. Zjazd trwa około 90 sekund (czyli półtorej minuty czystej adrenaliny), a prędkość
potrafi przekroczyć 120 km/h.
Startuje się z Pian d’Arla (na wysokości około 1307 m n.p.m.), a meta to Alpe Segletta (ok. 960 m n.p.m.). Barbórka lekko nerwowo
stoi w koleje i pyta co chwilę: – „A na pewno to jest bezpieczne?”, „A na pewno hamuje samo?”, „A czy kolejka jest sprawdzana…?” Pan z
obsługi ze stoickim włoskim spokojem włącza muzykę i przygotowuje nas do
startu. 3-2-1 i zjazd….
czwartek, 2 października 2025
Wodospady, rozczarowania i piwna nirwana
Z samego rana budzi nas myśl: „ostatni dzień, zróbmy coś spektakularnego”. Źródła
internetowe kuszą pięknymi wodospadowymi szlakami. Realizujemy ten plan. Z kempingu
w Gozd Martuljek ruszamy najpierw na Dolny Martuljkov Slap. Ścieżka prowadzi leniwie
wzdłuż potoku, woda szemrze, a w tle majaczą potężne ściany gór. Drewniane
mostki, zielone paprocie, no i ten wodospad – prawdziwa perła. Spada z hukiem,
rozbija się o skały, pryska na wszystkie strony. Robi dokładnie to, co wodospad
robić powinien: zachwyca. Po takim widowisku człowiekowi należy się nagroda.
Więc oczywiście kawa i piwo w Brunarica pri Ingotu. Knajpka z klimatem, piwo
zimne, kawa gorąca – słowem, równowaga wszechświata przywrócona. Następnie
ambitnie kierujemy się na drugi Martuljkov Slap, ten wyżej położony. Trasa
już mniej spacerowa, bardziej „sport ekstremalny w wersji light”. Mamy stalowe
liny, klamry, trochę wspinaczkowego klimatu – idealnie, by poczuć się jak
alpiniści z Instagrama, tylko bardziej spoceni. Wysokość i dzikość szlaku
obiecuje, że zaraz spotkamy coś epickiego – wodospadowy cud świata. Internet
przecież obiecał. Reklamowe zdjęcia pokazywały kaskadę wody lśniącą w słońcu
niczym włosy Roszpunki. Wchodziliśmy więc z coraz większą ekscytacją w końcu docieramy.
Patrzymy na wodospad. Patrzymy na siebie. Patrzymy znowu na wodospad. I co?
Rozczarowanie. W internecie wyglądał jak cud natury dotknięty boską ręką
Michała Anioła. W rzeczywistości – strumień spuszczony z kranu w trybie „ecco”.
Siedzieliśmy chwilę, czekając, na zmianę światła i kompozycji. Nic z tego….
Zrobiliśmy zdjęcia –, żeby potem porównać z tymi insta wizjami i udowodnić, że
to nie my mamy krzywe oczy. Wracając, stwierdziliśmy zgodnie: dolny slap
wygrał bezapelacyjnie. Ale przygoda była, emocje były, trochę
potu na czole też – więc bilans dodatni. Nieco zawiedzeni, schodzimy w dół.
środa, 1 października 2025
Kanin odwołany, czyli witaj Sella Nevea!
Dolomity Friulijskie - Sella Leupa
Plan na dziś był tak prosty, że aż podejrzany: wjeżdżamy kolejką
na Kanin
– najwyżej położony ośrodek narciarski w Słowenii, potem szybki marsz, parę
zdjęć i voilà – szczyt zdobyty. Ale wiecie, jak to jest z naszymi planami.
Rzeczywistość tylko zerka z boku i mówi: „potrzymaj mi piwo”. Kolejka? Nieczynna. Od miesięcy.
Bo Włosi i Słoweńcy nie mogą się dogadać, kto ma włączać guzik „ON”. Efekt:
Kanin poległ szybciej niż moja noworoczna obietnica biegania trzy razy w
tygodniu. Na szczęście mieliśmy plan awaryjny. A brzmi on bardzo ładnie: Sella Nevea
po włoskiej stronie granicy. Tam kolejka działa (ale tylko jeden poziom), aż
miło. 18 euro za osobę obie strony (czyli w sumie pizza i cappuccino, które
moglibyśmy za to mieć, ale nie przy opłacie na Kasprowy, to jakby groszowe
sprawy). Wjeżdżamy na 1850 m n.p.m., prosto pod Rifugio Gilberti –
schronisko z historią. Powstało jeszcze w latach 30. XX wieku i nazwano je na
cześć Giovanniego Gilberti, włoskiego inżyniera i działacza alpejskiego.
Podczas II wojny światowej okolica była punktem strategicznym, pełnym bunkrów i
umocnień, które do dziś można znaleźć w skałach. A teraz? Największym
„umocnieniem” jest kawa i taras z widokiem. Bezchmurne niebo, zero wiatru,
powietrze pachnie wapiennymi skałami i… espresso. No bo jak wyruszyć w góry bez
kofeiny? Więc siadamy. Cappuccino pierwsze. Potem drugie. Góry od razu wydają się
piękniejsze, a nasze nogi – dziwnie lżejsze (placebo- level hard). Kanin
odpadł, ale jest plan B2: Monte Forato – szczyt z charakterystycznym oknem
skalnym, przez które można zajrzeć jak przez wizjer w drzwiach sąsiada.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
.jpg)
.jpg)
.jpg)


.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)